czwartek, 28 listopada 2013

Czas rozpalić piec - Łucja Prus

https://www.youtube.com/watch?v=L7ARoZIRYJUCzas rozpalić piec - Łucja Prus

" Mrok jak kosmaty pies..."

Wiem że większość z was nie lubi jesieni, ja wręcz przeciwnie.Ponieważ bardziej od zimna nie znoszę upałów, jesień jest moja ulubioną porą roku.Piękno tego czasu roku trudno odnaleźć w innych miesiącach.Bogactwo w przyrodzie, mnogość smaków, kolorów, zapachów.
Zaczyna się sezon w teatrach, muzycy wracają z letnich tras i można ich spotkać w klubach, pojawiają się nowe zaproszenia na wernisaże, wystawy.Przyjaciele i znajomi wracają z wakacji czy działek, jednym słowem do miasta wraca życie .
Listopad  kojarzy mi się ze świętem zmarłych, które lubię, z 11 listopada które w moim mieście jest obchodzone jako urodziny ulicy św.Marcin i wtedy nie ma powodu żeby nie przejeść się słodkimi rogalami i w końcu z wyjazdem do Krakowa i Zakopanego.
Lubię powtarzalność, regularność.W porach roku, w życiu, w tym codziennym ale i w tym odświętnym.
Dlatego robię sobie święto i wyjeżdżam na chwilę na południe.Październik,listopad, czas kiedy drzewa zrzucają liście żeby odpocząć  ludzie tez powinni przestawić się na takie wolniejsze obroty.
Piosenka Łucji Prus Czas Rozpalic piec...
Jesień, Najpiękniejsza pora.Na wszystko.Na miłość zwłaszcza.

ps.Na milość zawsze jest dobry czas.




poniedziałek, 25 listopada 2013

"Podróżować, podróżować jest bosko."

 

Moja doroczna jesienna podróż.Tym razem okazała się muzyczna.

Zaczęła się spotkaniem z przyjaciółmi w Warszawie, którzy nie zawiedli w zbiórce rzeczy dla naszych afrykańskich podopiecznych,dziękujemy Sylwio i Maćku.

Potem już Kraków.A tu wiadomo nie trzeba się nawet zbytnio starać żeby podłączyć akumulator do źródła "mocy ".

Niezawodny Tadzio Leśniak zaprosił nas do Harris Piano Jazz Baru  na jamowanie w latynoskim rytmie.

Było tak, że muzycy "wyrywali się "do grania.Ledwo który skończył swoją solówkę , następny pakował się w lukę i kolejny saksofon rozwijał swoją opowieść.

A dodać muszę, że było ich dwóch Leszek i Szymon.Pianista, Tadzio właśnie, dwóch bębniarzy, Bartek  i Marek w tym jeden na kongach , skrzypek Dominik no i basista Grzesiek.

Granie było takie że ludzie zapominali sięgać po szklanki.Nikt nie przepychał sie do baru.Zresztą był taki tłok, że nie było jak.

Na szczęście mieliśmy rezerwację bo inaczej przestałabym na jednej nodze cały koncert.

Dawno już nie bolała mnie twarz od ciągłego uśmiechania się.Nie spuszczałam oka ani ucha ze sceny przez cztery godziny.

Na szczęście zrobili dwie przerwy.Między setami można było się rozejrzeć i wiecie , nikt nie wychodził.

W trzecim secie , już koło północy , muzycy schodzili ze sceny żeby trochę odetchnąć, ale nawet jeśli któryś pił piwo czy pogadał z dziewczyną nie spuszczał oka ze sceny i widząc co sie dzieje wracał czym prędzej do swojego instrumentu.

Dawno już nie byłam na takiej imprezie.Kocham muzykę , chodzę na koncerty ale jem session to moja ulubiona forma , jeśli tak można powiedzieć.Tylko wtedy widać jak muzyka czaruje,tych grających i tych słuchających.Czary... prawdziwe czary.

Wychodząc z klubu zapomniałam czapki i dopiero kilkaset metrów zimnego , nocnego powietrza zawróciło mnie do klubu.A zasnąć nie mogłam jeszcze przez dwie godziny.