"Podróżować, podróżować jest bosko."
Moja doroczna jesienna podróż.Tym razem okazała się muzyczna.
Zaczęła się spotkaniem z przyjaciółmi w Warszawie, którzy nie zawiedli w zbiórce rzeczy dla naszych afrykańskich podopiecznych,dziękujemy Sylwio i Maćku.
Potem już Kraków.A tu wiadomo nie trzeba się nawet zbytnio starać żeby podłączyć akumulator do źródła "mocy ".
Niezawodny Tadzio Leśniak zaprosił nas do Harris Piano Jazz Baru na jamowanie w latynoskim rytmie.
Było tak, że muzycy "wyrywali się "do grania.Ledwo który skończył swoją solówkę , następny pakował się w lukę i kolejny saksofon rozwijał swoją opowieść.
A dodać muszę, że było ich dwóch Leszek i Szymon.Pianista, Tadzio właśnie, dwóch bębniarzy, Bartek i Marek w tym jeden na kongach , skrzypek Dominik no i basista Grzesiek.
Granie było takie że ludzie zapominali sięgać po szklanki.Nikt nie przepychał sie do baru.Zresztą był taki tłok, że nie było jak.
Na szczęście mieliśmy rezerwację bo inaczej przestałabym na jednej nodze cały koncert.
Dawno już nie bolała mnie twarz od ciągłego uśmiechania się.Nie spuszczałam oka ani ucha ze sceny przez cztery godziny.
Na szczęście zrobili dwie przerwy.Między setami można było się rozejrzeć i wiecie , nikt nie wychodził.
W trzecim secie , już koło północy , muzycy schodzili ze sceny żeby trochę odetchnąć, ale nawet jeśli któryś pił piwo czy pogadał z dziewczyną nie spuszczał oka ze sceny i widząc co sie dzieje wracał czym prędzej do swojego instrumentu.
Dawno już nie byłam na takiej imprezie.Kocham muzykę , chodzę na koncerty ale jem session to moja ulubiona forma , jeśli tak można powiedzieć.Tylko wtedy widać jak muzyka czaruje,tych grających i tych słuchających.Czary... prawdziwe czary.
Wychodząc z klubu zapomniałam czapki i dopiero kilkaset metrów zimnego , nocnego powietrza zawróciło mnie do klubu.A zasnąć nie mogłam jeszcze przez dwie godziny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz