Nikt nigdy nie zapytał mnie co bym zabrała ze sobą na bezludną wyspę ale co tam , mimo to odpowiem na to nie zadane pytanie.Otóż, spokojnie mogłabym zostać wyrzucona przez fale tak jak Robinson Cruzoe.
Tak jak on " naked."
Rzecz w tym, że jest coś bez czego nie mogę żyć. To Muzyka.
Na szczęście muzykę mam w sobie.In the middle of my heart, fraza, którą często słyszymy w piosenkach.Choćbyśmy nie wiem jak się zarzekali, że mamy słoniowe ucho, brak nam poczucia rytmu, a grać na fortepianie nie lubimy bo się karty ślizgają ( przepraszam za stary dowcip z dzieciństwa, ale to jeden z lepszych ) to i tak mamy to.Mamy to w środku. Jakiś taki mały instrumencik, może czasami strunowy, czasem klawiszowy, ale jest . I daje się wprawiać w wibracje za każdym razem. Nie wiadomo dlaczego, ale zaczynamy nucić, nie tylko wtedy, kiedy jesteśmy w dobrym nastroju, ale i kiedy mamy chandrę.
Niezależnie od tego jak bardzo oddaliliśmy się od naszego najstarszego przodka,( małpa czy jakaś inna istota ), jak bardzo edukacja " ukształtowała nam " gust , to dusza nuci lub śpiewa w zależności od tego który skrajny stan akurat nam się przytrafia. Bo to zwykle jest skrajny stan .
Byłam tej jesieni na koncercie Richarda Bony, Uli Dudziak na jej urodzinowym Offowym występie, a potem Sebastiana Karpiela Bułecki, .W tym sezonie słyszałam jeszcze kilka koncertów ale te trzy były szczególne.
Słuchając muzyki czasem mam tzw ciarki.Czasem jest tak, że ten sam wykonawca na jednym koncercie je robi, a na innym nie.Tak bywało ze Stańko czy Możdżerem, raz super, innym razem słabo, wręcz nic.
Podejrzewam, że różnica polega na tym, iż artyści są twórcami, a twórcy nie zawsze są artystami.Nie mówiąc o odtwórcach.Ale to tylko moje podejrzenia.
Piszę o tym dlatego, że od rana słucham muzyki zmarłego niedawno Wojciecha Kilara.
Jego muzyka jest tą która zawsze powoduje dreszcze.Do jego Krzesanego obejrzałam pierwszy raz Balet Conrada Drzewieckiego.Od tego momentu pojawiła się jeszcze inna miłość, miłość do tańca.Ta miłość przyspiesza rytm serca.
W muzyce Kilara jest coś, co zawsze powoduje, że serce zwalnia pracę.
Jeśli kiedyś będę stara, ślepa i głucha, jakoś mnie to nie przeraża. W środku, na jakimś twardym dysku, mam tyle muzyki, że wystarczy mi do końca świata.Fajnie by było gdyby to była bezludna wyspa.Podoba mi się wizja tańczącej i śpiewającej na całe gardło kobiety.Oczywiście bęben sobie zrobię.To jedyny instrument na którym mogę zagrać zawsze.I wszędzie.
Autograf Richarda Bony złożony na jego płycie Bonafied 12 października.
A tutaj próbka jego grania
ps .Dziękuję moim rodzicom, że nie posłali mnie ani do szkoły baletowej ani akademii muzycznej, bo swego czasu skutecznie odstręczyła mnie od studiowania muzykologii.








